Podczas podróży do Japonii w 1934 r. Aleksandrowicz zrobił blisko 3 tys. zdjęć. Pół wieku później wspominał: "Czułem się, jakbym wylądował na Marsie. (...) Japonia to było coś nadzwyczajnego". Te fotografie to nie pocztówkowe kadry z egzotycznej przyrody i orientalnej architektury. W obiektywie znaleźli się przede wszystkim ludzie. Robotnicy przy pracy, kobiety z dziećmi w chustach na plecach, studenci w stołówce, przechodnie. Widz ma wrażenie, że portretowani ludzie patrzą w aparat z zaciekawieniem i sympatią, choć wiele zdjęć pokazuje ciężką pracę - naprawę zniszczeń po wichurze, handlarzy ciągnących przeładowane wózki, biedę japońskich wsi lat 30.
Nie brak ujęć przyjemniejszych stron życia. Na fotografiach nocnych miejskich rozrywek obserwujemy obyczaje zmieniające się po wyjściu kraju z międzynarodowej izolacji: młodzi Japończycy „przy kieliszku" są ubrani w zachodnie stroje, tymczasem starsi mężczyźni poprzestają na noszeniu kapeluszy do kimon i zakładaniu chodaków geta po europejsku - na bose stopy. Kobiecy strój pozostaje tradycyjny, a bogatsze Japonki upinają kunsztownie włosy. W teatrze kabuki Minami-za w Kioto Aleksandrowicz fotografuje zarówno aktorów w maskach, jak i odświętnie ubraną widownię - trudno ocenić, kto wygląda bardziej egzotycznie. Historyczną wartość mają kadry pokazujące zapomniane zwyczaje - o popularnej niegdyś grze hanetsuki przypominają sfotografowane rakietki hagoita, drewniane lalki do przebierania wypełniają jedno z licznych „sklepowych" ujęć.