Wieliczanie przestali się wpatrywać w obiektyw ze zdziwieniem dość wcześnie jak na światowe dzieje fotografii komercyjnej. Kraków był niedaleko, znalazł się fotograf, który powołał do istnienia atelier na miejscu, potem drugi. Żyjącym na początku XX wieku łatwo było ulec modzie na uwiecznianie się. Kogo było na to stać, kto czuł magię i czar fotografii, komu nie przeszkadzała idea obrazu człowieka powstałego z maszyny, mimo że został stworzony na obraz i podobieństwo Boga - szedł do fotografa. Kartoniki z podobiznami szybko zaczęły trafiać do albumów, gdzie ich żywot był bezpieczny, albo do szuflad, gdzie groziło im zawieruszenie. Albumy domowe łatwo układać, a ciężko wyrzucać - duchy sfotografowanych postaci mogą w nich mieszkać w spokoju co najmniej do czasu, aż co do jednego staną się obce dla posiadaczy albumów. Ileż to razy wieliczanom wkładającym do albumu nowe zdjęcie przemknęła przez głowę myśl, żeby przynajmniej ponazywać osoby znajdujące się na nim i miejsce zdarzeń, zapisać datę jego powstania, a tym samym udokumentować fotografię. Najczęściej jednak odkładali to na później, myśląc sobie, że żyje się długo. Nie przejmowali się wystarczająco tym, że jeśli komuś w przyszłości sumienie miałoby przeszkodzić w wyrzuceniu starej fotografii, to właśnie ze względu na to, że została ona podpisana. Co więcej, wielu mieszkańców Wieliczki, jak się okazało, nie było gniazdownikami - nie zostali w mieście, a ich rodzinne duchy odbite na papierze ulotniły się w wielu wypadkach podczas przeprowadzek.
Ci, którzy pozostali w Wieliczce, z czasem odchodzili do wieczności, a pamięć o nich i pozostałe po nich rzeczy umierały i umierają nadal. Nie dotyczy to może tylko tych, którzy nie pozostawili po sobie ni śladu, ni pamięci, wymknęli się wszystkim i nie ma po nich co umierać. Ostatnie istniejące na tym świecie zdjęcie kogoś, kogo wyglądu nikt już nie pamięta, to jeszcze jakaś j e g o forma, innymi słowy - o n w pewnym kształcie. Niemniej i z takim byciem jest różnie, bo zdjęcie ukryte przed światem, nieoglądane przez nikogo, nie może być przyrównane do takiego, które można oglądać w pełnym świetle. I kiedy jakaś ostatnia fotografia kogoś znika całkowicie -lub nawet jeśli gdzieś zostaje, ale jako na zawsze niedostępna dla ludzi - to ginie o s t a t n i obraz tego kogoś. W czeluści gaśnie światło odbite od jego twarzy. I w jakimś sensie umiera o n jeszcze raz, po raz drugi, a może kolejny. Umiera śmiercią możliwą dopiero w czasach fotografii.
Mówienie o wszystkich wieliczanach jest oczywiście uogólnieniem, ze wszelkimi jego niedostatkami, ale można sobie na nie pozwolić, gdyż jest żyznym podłożem dla dorzecznego szczegółu.
Na fotograficznym losie wieliczan zaciążyła kopalnia. Zawsze przyciągała chętnych do zarobienia na produkcji zdjęć pamiątkowych - żostawały one na miejscu i rozchodziły się w dużych ilościach po świecie. Ponieważ istniało zapotrzebowanie przede wszystkim na obrazy grupowe, wieliczanie mieli do dyspozycji fotografów wprawnych w ich wykonywaniu.
W porównaniu z mieszkańcami innych, nieturystycznych miejscowości mieli okazję do częstszego zanurzania się jako modele w fotograficznych figurach zbiorowych. Natomiast jeśli fotografów o aspiracjach artystycznych, tych przyjezdnych i tych miejscowych, pociągało wyczarowywanie marzeń zwieliczanami, to bardziej pod powierzchnią Wieliczki niż na niej. Tak sfotografowani miejscowi zazwyczaj byli utrwalani jako górnicy. Z kolei polujący z obiektywem, łowcy błahostek kultywowanych w przedwojennych klasach wyższych, jeżeli w ogóle zaglądali do miasteczka, to na tyle rzadko, że raczej żadne z ich trofeów nie miało się przebić do szerokiego świata. Inaczej było pod tym względem z proletariuszami, którzy żyli tak, że często jedyne zdjęcie, jakie sobie sprawiali, to fotografia ślubna. A co do brzydoty otoczenia, z jaką obcowali za życia, cóż, przeminęła, nieuwieczniona na zdjęciach.