„Gdybym tak mógł pojawić się na papierze jak na klasycznym płótnie,
obdarzony szlachetnym wyrazem twarzy, myślący, inteligentny itd.!
Krótko mówiąc, gdybym mógł być namalowany (przez Tycjana) lub
narysowany (przez Cloueta)! Ponieważ jednak chciałbym, aby została uchwycona
delikatna tkanka moralna, a nie jakaś chwilowa mimika, i ponieważ
Fotografia nie jest zbyt subtelna (poza dziełami wielkich portrecistów),
nie wiem, jak działać od wewnątrz na swoją skórę".
ROLAND BARTHES
Około roku 1890 rozpowszechnieniu uległa pewna jarmarczna sztuczka - nauczono się tak ustawiać lustra, by uzyskać obraz zwielokrotniający postać modela. Trik został opisany przez Alberta A. Hopkinsa w książce Magic (1897). Do dzisiaj zachowało się wiele takich zdjęć. Część z osób pokazanych na fotografiach podpisana jest nazwiskami słynnych artystów, pozostała część portretowanych pozostała anonimowa. Po stronie tych znanych znajdują się m.in. Stanisław Ignacy Witkiewicz, Wacław Szpakowski - tajemniczy artysta
i inżynier pochłonięty konstrukcją labiryntu oraz ekscentryczny, zafascynowany alchemią Marcel Duchamp; po stronie nieznanych sytuują się liczne portrety mężczyzn i kobiet ukryte w rodzinnych archiwach.
O ile niegdyś widziano w portrecie wielokrotnym wyrafinowany awangardowy zabieg_, to współcześnie wiedza o jarmarcznym pochodzeniu portretu wielokrotnego stała się już niemal powszechna. Nadal jednak symultaniczny widok pięciu wizerunków jednej osoby intryguje.Pozostawię zatem innym analizę historyczną tego rodzaju obrazowania i skupię się na jego kulturowych, nieoczywistych na pierwszy rzut oka znaczeniach. Bez wątpienia w portrecie wielokrotnym tkwi coś niepokojącego. Być może ów niepokój wywołuje złudzenie powielenia osoby, a może spojrzenia modeli przecinające się w jednym punkcie; w punkcie, w którym nie znajdujemy niczego konkretnego, co zatrzymałoby nasz wzrok. Pozornie postaci zdają się patrzeć na siebie, jednak po chwili przypatrywania przekonujemy się, że jest to jedynie konwencja. W istocie nieobecny wzrok modeli skierowany jest gdzieś poza odbicia - w lustrzaną taflę. Wśród fotografii anonimowych natrafiłam na urzekający wizerunek kobiecy. Odróżniał się jakoś od innych. Nie był tak poważny jak inne. Kobieta wygląda jak nauczycielka, lub studentka - ubrana w prosty żakiet i białą bluzkę, z włosami zaplecionymi w koronę. Tym, co jednak jest bardziej uderzające to jej uśmiech, ładny i pogodny. Bohaterki tego zdjęcia nie gnębią pytania o tożsamość i mroczne tajemnice. Ona po prostu chce ładnie wyjść na zdjęciu. Geoffrey Batchen w książce Burning with desire stawia hipotezę, że jeśli w kulturze pojawia się jakieś technologiczne odkrycie, to jego pojawienie się musiało być poprzedzone sprzyjającym klimatem intelektualnym. Zgodnie z koncepcją Batchena, jeśli pojawiła się fotografia, to wywołana została gorączkowym pragnieniem (romantycznym z natury) „utrwalania obrazu".W kontekście prowadzonych w tamtym czasie badań nad obrazem stereoskopowym i widzeniem symultanicznym, nie powinno dziwić nas zainteresowanie portretami wielokrotnymi. Rejestracja i obserwacja złudzeń optycznych, kinetycznych i czasowych stanowiła jedno z głównych zainteresowań wynalazców. Benjamin w Pasażach przytacza opis skonstruowanego w 18_8 stereoskopu zwierciadlanego: „urządzenie to pokazuje dwa różne obrazy tego samego przedmiotu: prawe oko widzi jego obraz perspektywiczny tak, jak jawiłby się on prawemu oku, lewemu zaś obraz przedstawia się z perspektywy lewoocznej. Powstaje stąd złudzenie, jak gdybyśmy mieli przed oczyma przedmiot trójwymiarowy". Ten opis wskazuje, za jak kuszące postrzegano w dziewiętnastym wieku przekroczenie zasad perspektywy. Technologia prowokowała zmiany myślenia, pokazując to, co dotychczas było niewidzialne i jednocześnie naruszała granice wiedzy. Można by zatem uznać, że kiedy niewiele ponad pięćdziesiąt lat od oficjalnego zatwierdzenia wynalazku fotografii mamy do czynienia niemal z manią sporządzania wielokrotnego portretu, to modę ową musiał wywołać jakiś istotny czynnik. Czy możemy za ten czynnik uznać namysł nad ludzką tożsamością? Zauważmy, że w wieku dziewiętnastym naruszone zostają podstawy określonego rozumem kartezjańskiego „ja". Równolegle pojawiły się pre-naukowe próby dotarcia do granic ludzkiej tożsamości. Rodząca się współczesna nauka pytała o warunki pojawienia się „jaźni", jej związków z psychiką oraz o wpływ kultury i społeczeństwa na jej ukształtowanie. Na biegunie przeciwnym znajduje się powracająca na przełomie wieków moda na wampiryzm (w Polsce, chociażby
w powieści Reymonta Wampir) i wiarę w zjawiska nadprzyrodzone, która sprzyjała opowieściom w duchu E.T.A Hoffmana i Edgara Allana Poe. Lustra otwierają w nich drzwi do innych światów i ukazują mroczne aspekty tożsamości. Za chwilę zaś, gdy na scenie sztuki zagości surrealizm, zaś fundamenty pod psychoanalizę położy Freud, do głosu dojdzie fascynacja sobowtórami, wewnętrzną duszą i mistyczną stroną osobowości. I chociaż nie należy przypuszczać, by każdego z bywalców wesołych miasteczek i fotograficznych zakładów dręczyła niepewność, co do własnej tożsamości, to jednak powielenie własnej postaci budzić musiało zadziwienie. Oczarowanie(a może
i przerażenie) wywołane obrazem musiało przypominać wrażenie odczuwane w gabinecie luster. Domyślać się można zresztą, że to
w gabinecie luster szukać należałoby źródeł wielokrotnego portretu. Schyłek dziewiętnastego wieku uczynił szukanie tożsamości tak częścią przemysłu, jak i rozrywką. Tego właśnie dostarczać zaczęła fotografia - jarmark, którego nie należy traktować jak sztuki jedynie, ale raczej jako obraz, wokół którego ogniskują się zainteresowania tamtych czasów. Czyż odkrycie podświadomości nie stało się szybko częścią przemysłu uzdrawiania duszy w podobny sposób? Szukanie wewnętrznego „ja" i zgłębianie jego tajemnic stało się dobrze płatnym zawodem. Jak ktoś kiedyś powiedział, czy zajmowalibyśmy się tyle podświadomością, gdybyśmy wiedzieli, że istnieje? Fotografia - medium ubrane w kostium magiczności zbliżone do lustra, tajemnicę „jaźni" gdzieś zawierać powinno. Potraktujmy analizowany tu rodzaj autoportretu nie jako dzieło sztuki, ale uczyńmy go pretekstem do przyjrzenia się tożsamości.








